Oddaję się bez reszty pracy nad inżynierką. Zagłuszam natrętne myśli. Odsuwam na bok słabości. Zapominam o wszystkim. Tak jest, w pewnym sensie, lżej. Łatwiej. Jest tak jak być powinno. Niezależna, silna i nieugięta.
Na pewno…?
O większości chwil, gdy jest źle, nie mówię. Komu? A co najważniejsze, po co? Czyjeś zamartwianie się mi na pewno nie pomoże. A na wizyty u lekarzy nie mam ochoty. Więc jakoś ciągam noga za nogą. Choć czasami zastanawiam się jak to jest w ogóle możliwe.
Myśli. Myśli. Myśli. Miałam wrażenie, że z każdym dniem jest ich co raz mniej. Wrażenie. Złudna rzeczywistość. A niewinne pytania nieświadomych ludzi bolą niczym poruszona zadra wbita w serce. Nie zastanawiam się nad tym. Nie rozgryzam. Nie analizuję. Próbuję tak po prostu to przyjąć… Szkoda, że nie umiem…
Staram się jedynie nie odcinać od społeczeństwa. Gdzieś, kiedyś, czasami… spotykać się z ludźmi. Żeby nie zwariować. Żeby beznadziejnie, tak jak zawsze, nie tłumić wszystkiego w sobie.
Wyjazd do stolicy po niedzieli wydaje mi się całkowicie abstrakcyjny. Prawie miesiąc przerwy. I zero chęci, aby to zmienić. Pocieszam się jedynie tym, że w sumie to tylko miesiąc. Później powrót. Tak na stałe. Tak na zawsze…