Chciałam napisać, że dochodzę do siebie. Że jest lepiej. Ale nie napiszę. Nie mogę.
Podobno cierpienie uszlachetnia. Tak więc cierpię. Cierpieniem być może niezasłużonym. A przynajmniej niezrozumiałym przeze mnie. Już nawet nie chce mi się pytać “Dlaczego?”. Nie wiem. I nie mam ochoty się dowiadywać.
Ale co się stało?
Jestem święcie przekonana, że gdy zaraz wezmę ten śmieszny aparat i go użyję, po kilku chwilach na ekraniku wyświetli się ikonka alarmująca, że moje serce chce wyskoczyć. Albo chociażby dostać zawału.
Tak. Zapierdziela jak mały samochodzik. Przeważnie ledwo można je było zmusić, aby biło przewidywane 70/min. Tak od tygodnia ograniczenie do 100 ma w poważaniu. A krew łomocze w ścianki naczyń krwionośnych niczym kafarem w zamknięte drzwi.
I tak sobie cierpię. Z przyczyn niewiadomych i niewyjaśnionych. Whatever. Ból fizyczny zawsze był łatwiejszy do zniesienia od bólu duchowego, sercowego czy psychicznego.
Tak więc… 2012! Niech będzie lepszy niż ostatni tydzień 2011.