Czy to prawo Murphy’ego, że mimo iż obecny rok akademicki jest najlżejszym w mojej dotychczasowej karierze, to jest również najbardziej leniwym i demotywującym do jakiegokolwiek działania? Wykorzystuję każdą nadarzającą się okazję. Czasem sama je stwarzam. 10 dni wolnego. Długi weekend upływający w rytm jazzu. Wyjazdy, rozjazdy, spotkania. Zaduszki. Czas pełen nostalgii. Przeplatanie radości, smutku, zwątpienia, zaskoczenie i mnóstwa przeróżnych odczuć. Dobry? Raczej tak. Bilans dodatni.
I właściwie nie wiem gdzie znalazłam siłę, żeby wziąć się za inżynierkę. Kilka dni wzięcia się w garść i praktycznie większość teorii została zgłębiona. Sinusoida. Ciężki początek, górnolotny środek i ponowny spadek. A we wtorek kolejna chwila prawdy. Nutka strachu? Załóżmy, że nie. Wmawiam sobie, że jest w porządku.
A w sercu… w sercu po staremu. Pika w swojej twardej skorupce. Zdaje się nie słyszeć tych wszystkich głosów rozbrzmiewających wokół. Jest święcie przekonane o swojej racji. I choć chwilami milknie, jakby nieco rozczarowane, to swoją siłą werbuje również umysł. Mózg może i ma jakieś swoje “ale”, jednak stara je jakoś logicznie wytłumaczyć lub znaleźć drobne wskazówki. Zbiera i zapisuje na liście wszelkie myśli i spostrzeżenia.
Małymi kroczkami zbliżają się kolejne święta. Moje i nie moje. Prezenty już są. Moje i nie moje.
Popołudnie dnia 15 listopada bieżącego roku będzie bardzo zacnym czasem. Bilet na tę okazję czeka.
Edit
Z nogami na stole, ciastem na talerzu, pepsi w butelce i głupim smutkiem w oczach rozkoszuję się ostatnimi chwilami przed odjazdem. Co jest najgorsze? Że wyjazdy na banalne 4 dni tak bardzo mnie dołują… Dlatego nienawidzę niedziel.