last day of…

31 08 2009

Wczorajszy dzień hmm…. Był koszmarny. Ponury poranek, słaby ciąg dalszy, okropny środek, ciut lepszy wieczór i beznadziejny koniec. I oczywiście, jak to po takich zacnych wydarzeniach bywa, noc ukojenia prędko nie przynosi. Zresztą ostatnio to tak ciągle. Cholerna bezsenność.

Co w planach?

Jutro wizyta w Warszawie. Oł jee – “witaj paskudna stolico!”. Ale to mus. Uczelnia. Wpis za praktyki trzeba zgarnąć (jakby kuźwa nie mógł wtedy dać tak jak wszyscy inni…). No ale przy okazji parę sklepów można odwiedzić, coby się zaopatrzyć w coś na jesień. I zapewne dla wkurzenia się po raz wtóry, że to wszystko takie badziewne. Dobrze, postaram się nie być taka wybredna. Tylko proszę sobie nie myśleć, że gusta mam zamiar nagle zmienić, bez przesady. Nevermind…

A później… Suchodół. Tak dla wyciszenia myśli. A może przeciwnie? Tak dla wykrzyczenia się w szczerym polu. Zobaczymy czemu nastrój będzie sprzyjał.

Humor dobry, mimo wspomnianego nasamprzód dnia. (Tak, lepiej jest. Każda akcja powoduje reakcję.) Nie umiem tego do końca zdefiniować. Czuję się tak… bezstresowo. Żadnej paniki. Żadnej niecierpliwości.

I can’t hold on to me
wonder what’s wrong with me

A, tego… Zaproszenie dostałam. Znowu. Tyle, że wesele ma być małe. Więc będzie jeszcze bardziej chujowo niż zwykle, jak pójdę sama. Szlag. Ale cóż poradzić… Może jeszcze kiedyś przyjdzie czas, że nie będę miała takich “wielkich” problemów.

Zaopatrzona w Piekarę, Ziemiańskiego, Pilipiuka i Pratchetta mogę przeżyć trochę czasu. Więc znikam. W moim zatęchłym światku. Jakby komuś się mocno zatęskniło (muahaha, dobry żart :P), to jakiś tam kontakt ze mną jest. Żeby znowu nikt nie pomyślał, że kosmici mnie porwali (tak jak wczoraj). Przecież złego diabli nie biorą.

Miłego…





kołysanka

29 08 2009

Siedzę i wpatruję się w malutkie okienko na pulpicie.
Wzrok po raz wtóry przebiega po literach.
Krople deszczu rozpryskują się o parapet.
Są dopełnieniem cichej gitary i spokojnego głosu…

Hush my love now don’t you cry
Everything will be all right
Close your eyes and drift in dream
Rest in peaceful sleep

If there’s one thing I hope I showed you
Hope I showed you

Just give love to all

Jeden mięsień się skurczył.
Delikatnie uniósł kącik usta.

Uśmiech?

Oh my love…in my arms tight
Every day you give me life
As I drift off to your world
Will rest in peaceful sleep

I know there’s one thing that you showed me
That you showed me

Just give love to all
Let’s give love to all





deliberacje na książek temat

27 08 2009

W przypływie odrobiny energii pochłaniam znowu książki. Odnalazłam wreszcie chęć, aby dokończyć Sagę o Wiedźminie. Do ostatnich stron było wszystko pięknie. Ale dwie-trzy ostatnie kartki mnie rozczarowały. Bardzo. Bo co to niby było? Bleh… Taki banalny happy end ale w kiepskim wydaniu. Mimo tego cała powieść, wszystkie pięć tomów uważam za godne polecenia. Chyba, że nie interesuje Was ani trochę historia o białogłowym gościu machającym mieczem. Jednak warto.

Chciałam teraz coś lekkiego. Coś na rozluźnienie. Pierwszy pod nóż wpadł Mort Pratchetta. Książka, którą swoją drogą miałam już przyjemność czytać. Popchnięta dawnym zafascynowaniem zaczęłam chłonąć wydarzenia, dialogi, DRUKOWANE wypowiedzi Śmierci. Ale… nie tego chciałam.

Weronika postanawia umrzeć Paulo Coelho już z samego tytułu oraz fragmentów jakie słyszałam, wydała mi się nie tym czego potrzebowałam.

Na dysku w chwili obecnej posiadałam już tylko Sagę Zmierzchu Stephanie Meyer. Otwierając plik zachowywałam chłodny dystans, wspominając film stworzony na podstawie pierwszej części owej sagi. Już od pierwszych stron trafił mnie styl w jakim została napisana książka. Wróć. Może raczej styl w jakim została przetłumaczona. Dialogi, opisy i wszystkie te wydarzenia utwierdziły mnie jedynie w przekonaniu, że jest to ckliwe romansidło dla “piętnastek”. Razi mnie. Nawet nie tyle nierealnością w postaci wampirów, co samych akcji jakie mają tam miejsce. Fakt, jest lekka. I to bardzo. Chwilami nawet nie byłam w stanie się powstrzymać, żeby przeskoczyć opisy jakże wzruszających przeżyć (-.-) głównej bohaterki. Dobrze, niektóre wyidealizowane dialogi też omijałam. Jest niezła jako przerywnik między czymś co lubię (tak, między siekącymi się [z pozoru] bezładnie mutantami, krasnoludami, elfami i ludźmi ]:-> ).

Taak… Teraz zapomogłam się w coś nowego. W Kroniki Jakuba Wędrowycza Andrzeja Pilipiuka oraz Czarny Dom i Łowcę Snów Stephena Kinga. Może nie jest to jakieś mordobicie (nie mam pojęcia właściwie), ale obaj panowie tworzą bardzo ciekawe lektury.

Wszak na taką pogodę książka jest najlepsza. Brakuje mi tylko pokoju na poddaszu domku jednorodzinnego. Z oknem. I parapetem, na którym można swobodnie usiąść. Gdzie leżałby koc. A za oknem padałby deszcz. Tak jak dzisiaj. Tak. Tego mi brakuje w tej chwili…





a little more than I should

25 08 2009

Nieco lepiej. Przynajmniej nie spędzam całego dnia w łóżku. Melancholia dopada jedynie wieczorami. I tak nadto długimi. Wiele z tych godzin przesypiam. Wtedy czas płynie mi szybciej. Chociaż wiem, że to tylko przesunięcie. Im później wstaję, tym dłużej później leże i beznamiętnie wpatruję się w sufit…

A i sama noc nie przynosi takiego ukojenia jak dawniej. Gdzie się podziały te czasy, gdy przesypiałam całą noc bez najmniejszego drgnięcia czy poruszenia…

So if I love you a little more than I should
Please forgive me…

Może za bardzo się przejmuję? Może znowu, jak zawsze zresztą, za bardzo się wciągnęłam? Głupia jestem… Naiwna do granic możliwości…





dziwny

23 08 2009

Dziwny dzień.

Humor równie pochmurny, co i pogoda. Tyle, że pogodę taką lubię, humoru nie. Apatia. Większość dnia przeleżałam zwinięta w kłębek wśród zmierzwionej pościeli. Do świadomości w pełni dociera jedynie muzyka. Na rodzinę reaguję raczej machinalnie, niż poprzez świadome postępowanie. Ruchy ograniczone do wymagalnego minimum. Klatka piersiowa unosi się z lekkim trudem. Jednak nieustannie i miarowo, aż dziw. Głowę przeszywa tępy ból. Mrugnięcie powieką go bynajmniej nie osłabia.

Odczuwam ogromną potrzebę ukryć się. Wielką chęć schowania się w czyichś ramionach. Oprzeć głowę i być oplecioną czyimiś dłońmi. Usłyszeć bicie drugiego serce, które uspokaja i wycisza.

I’ll be there till the stars don’t shine
Till the heavens burst and the words don’t rhyme

Słabe światło żarówki rozjaśnia nieco tylko cień skrywający się w kącie. Skurczone ciało i dłonie próbujące zakryć bladą twarz. Żebra poruszają się już znacznie mniej równomiernie. Ledwie słyszalny płacz wstrząsa całym ciałem, choć tak bardzo chciałam go powstrzymać.

Dziwny dzień. Na prawdę nieprzyjemny dzień…





last minute

21 08 2009

Ja pierdziele. Jest 21 sierpień. Kiedy te miesiące minęły?! Zaraz się wakacje kończą. Kur*a mać. Na prawdę nie wiem. Odnoszę wrażenie że może upłynął jeden miesiąc, że jeszcze dużo błogiego lenistwa. A tu dupa… Jak przedwczoraj spojrzałam na kalendarz, to na prawdę się przestraszyłam. Bo co ja takiego zrobiłam? Popracowałam trochę na wsi, trochę na działce, poopieprzałam się w domu i tyle. Nawet nigdzie nie byłam… Zonk. A chciałam gdzieś pojechać w Polskę. Chciałam jechać do Oświęcimia, do Krakowa, powędrować po Bieszczadach… Chciałam wycieczkę w pojedynkę. Ale kochana matula mnie już udupiła z takimi planami. Zastanawiam się czy jak będę miała 30 lat to też mi będzie zabraniała? :/ Toż to paranoja. Bo małej Martuni coś zrobią. Kur*a! Krew mnie zalewa na takie gadanie. Bo jestem malutka, drobniutka, metr wzrostu, 10 latek i ruszyć się nie mogę sama. Litości. Jakoś po tym zadupiu mogę chodzić o każdej porze. I do Wawy też nie ma problemu. Tylko gdzieś dalej to NIE. Agrr. Wkur*iam się. Nie znoszę tej ich nadopiekuńczości.

Ale muszę gdzieś pojechać. Ostatniego miesiąca na pewno nie przesiedzę w domu. Nie ma mowy!





dyliberacje na muzyki temat

19 08 2009

Przez ostatnie dni, gdy sporo czasu spędzam z tatą, miałam okazję (bo nie wiem czy to była przyjemność) w dużej ilości słuchać polskiej muzyki, moim zdaniem mało ambitnej. Disco polo. Tak, to muzyka, którą mój tata bardzo lubi. Muszę przyznać, że jest to jedyny gatunek muzyki, przy którym można się całkowicie odmóżdżyć i bawić, np. na weselach. Bo właściwie głównie z weselami mi się ona kojarzy. Jest banalna. Traktuje zazwyczaj o miłości. Czy to tej szczęśliwej, czy poranionej. O kobietach. Zazwyczaj tych ładnych. Śmieszy mnie. Nie powie mi nikt, że śmieszna nie jest. Chociaż wiem, że śmieszność i banalność wcale nie oznacza, że łatwo ją stworzyć. Weź człowieku usiądź i napisz kawałek, przy którym będą szaleć tłumy.
Jednym muzyka taka porusza serce. Osobiście nie wiem jak, no ale… Jakieś wspomnienia może? Innym porusza struny głosowe. W końcu śpiewać każdy może. A mi bardzo porusza żyć. Chce mi się ruszać. Chce mi się tańczyć. Może to taki manewr przez te skojarzenia z weselem, ale tak już mam ;P Tylko, że ze względu na niewłaściwe miejsce, zwyczajny wstyd, a głównie brak partnera, pozostaję tylko przy chęci, która mija po wyciszeniu muzyki…

Co jednak nie zmienia faktu, iż nadmiar wspomnianych wyżej brzmień nie wpływa korzystnie na moje samopoczucie. Dlatego muszę to “zagryźć”. Czymś co mi smakuje. Czymś ostrym. :)





stanica

15 08 2009

Siedzę już jakiś czas przed monitorem. Wpatruję się w białe pole, w którym miga kursor. Chciałam coś napisać. Tylko nie wiem od czego zacząć. Może…

…od tego co teraz. Dzisiaj wieczór ukulturalniania się. Muszę zażyć tak bardzo potrzebną mi teraz dawkę porządnej muzyki. Może nie jestem w najlepszej formie na jakieś eskapady na drugi koniec mojego miasteczka, ale chcę tam być. O 18. W Stanicy nad Zalewem. Oby to był czas wart poświęcenia.

…od tego co było. Było dużo pracy. Dużo zmęczenia. Jeszcze więcej złości. Chęci płakania. I zaciśniętych zębów. Było dużo wszystkiego. I zabawa z małymi bąblami. Było dużo czasu zmarnowanego na siedzenie i patrzenie na ich harce. Co ja poradzę, że psy są tak cudne? Zwłaszcza małe…

…od tego co będzie? Hmm… Odpust w Mordach. Dokończenie pracy. A później… Póki co w planach, tych ścisłych, mam zrobienie badań kontrolnych. Nie podoba mi się mój ostatni stan zdrowia. Choć pewnie jak zawsze nic mi nie powiedzą ciekawego. A, i do kina chcę iść. Na Załogę G. Dla odstresowania.

Mam małe poczucie bezsensu. Że to wszystko co robiłam przez ostatnie 2 tygodnie powinno wyglądać zupełnie inaczej. Wszystko się zamieszało. Wszystko się przestawiło. Nic nie jest na swoim miejscu. I dlatego nic nie wychodzi…
Beznadzieja. Stoję w miejscu. Próbowałam sobie wmówić, że coś robię. Z sobą. Dobra, może i gdzieś idę, podążam jakąś drogą. Może… Ale to i tak nic nie daje. Krążę wciąż w tym samym otoczeniu. Pętla. Wracam wciąż w jedno miejsce. Do tego samego bloku, przy tej samej ulicy. Do tego samego mieszkania. Do tego samego pokoju. Do moich czterech ścian…

Kto może wydać dwa dychacze, żeby się ze mną wybrać na świnki morskie?





uno & mz

9 08 2009

Moja przygoda z pojazdami kołowymi zaczęła się… spooory czas temu. Począwszy od dziecięcych samochodzików, poprzez rowerek czterokołowy, aż do mojej kochanej kolarzówki. Później w wakacje dorywczo doszedł ciągnik. ;P I trochę czasu to trwało. Nic nowego się nie pojawiło. Do prawka jakoś mi się nie spieszyło. Najlepszy okres (4miesięcznych wakacji) przegapiłam. No a teraz mi się nie chciało. No ale… To brykanie ciągnikiem po wiejskich drogach dużo mi dało. Obeznanie ze sprzęgłem i gazem. No i kierownicą jako tako. Poniedziałkowa jazda próbna autkiem tata była dosyć zabawna. Żadnych tarpnięć, gaśnięcia silnika, płynne ruszenie… a przy zmianie biegów cudne machnięcie kierownicą. W czym problem? Weź się człowieku przerzuć z ciągnika, który nie słyszał nawet o wspomaganiu, na samochód. Mała masakra. Ale dojechałam na wieś. I samochodu nawet nie uszkodziłam. :)
A dzisiaj… Niah niah. Motór!! Pierwsza jazda MZtką była wręcz kosmiczna. Koordynacja wajchy od biegów pod nogą, sprzęgła pod lewą ręką i gazu pod prawą było koszmarne. Dopiero po paru rundkach jako tako się jechało. Choć i tak zakręty nie szły najlepiej… No ale. Się nie zabiłam. Samochodów stojących obok nie zahaczyłam ;P i dziadkowych drzewek nie staranowałam. Jakoś poszło. Pojechało.

Zajebiaszcza zabawa! :) Muszę zrobić prawko ;)