Wczorajszy dzień hmm…. Był koszmarny. Ponury poranek, słaby ciąg dalszy, okropny środek, ciut lepszy wieczór i beznadziejny koniec. I oczywiście, jak to po takich zacnych wydarzeniach bywa, noc ukojenia prędko nie przynosi. Zresztą ostatnio to tak ciągle. Cholerna bezsenność.
Co w planach?
Jutro wizyta w Warszawie. Oł jee – “witaj paskudna stolico!”. Ale to mus. Uczelnia. Wpis za praktyki trzeba zgarnąć (jakby kuźwa nie mógł wtedy dać tak jak wszyscy inni…). No ale przy okazji parę sklepów można odwiedzić, coby się zaopatrzyć w coś na jesień. I zapewne dla wkurzenia się po raz wtóry, że to wszystko takie badziewne. Dobrze, postaram się nie być taka wybredna. Tylko proszę sobie nie myśleć, że gusta mam zamiar nagle zmienić, bez przesady. Nevermind…
A później… Suchodół. Tak dla wyciszenia myśli. A może przeciwnie? Tak dla wykrzyczenia się w szczerym polu. Zobaczymy czemu nastrój będzie sprzyjał.
Humor dobry, mimo wspomnianego nasamprzód dnia. (Tak, lepiej jest. Każda akcja powoduje reakcję.) Nie umiem tego do końca zdefiniować. Czuję się tak… bezstresowo. Żadnej paniki. Żadnej niecierpliwości.
I can’t hold on to me
wonder what’s wrong with me
A, tego… Zaproszenie dostałam. Znowu. Tyle, że wesele ma być małe. Więc będzie jeszcze bardziej chujowo niż zwykle, jak pójdę sama. Szlag. Ale cóż poradzić… Może jeszcze kiedyś przyjdzie czas, że nie będę miała takich “wielkich” problemów.
Zaopatrzona w Piekarę, Ziemiańskiego, Pilipiuka i Pratchetta mogę przeżyć trochę czasu. Więc znikam. W moim zatęchłym światku. Jakby komuś się mocno zatęskniło (muahaha, dobry żart :P), to jakiś tam kontakt ze mną jest. Żeby znowu nikt nie pomyślał, że kosmici mnie porwali (tak jak wczoraj). Przecież złego diabli nie biorą.
Miłego…