Juwenalia. Impreza masowa dla warszawskich studenciaków. Liczne koncerty. A to reggae, a to disco polo, a to rock… No i co? I wielkie niiic. Takie spędy nie są dla mnie. Potrzebuję czegoś innego…
Czegoś bardziej osobistego. Mniejszego, ale co trafia w samo serce. I to trafiło. Wbiło w siedzenie. Zgniotło. Przewróciło na lewą stronę. Zgniotło ponownie. I odwróciło na prawą. Rozmiażdżyło. I chociaż czuje się rozdeptana, jestem szczęśliwa…
17 maja na deskach sceny Radia Luxemburg wystąpiły trzy kapele. Na pierwszy ogień poszła VodkaTonic. Panowie z Sokołowa Podlaskiego, którzy urzekli mnie swoją twórczością dwukrotnie występując w Siedlcach. Takie ładne, delikatne wprowadzenie w klimat. Żadne szaleństwa, ale ogólny efekt jak najbardziej pozytywny. Jedyne co mnie mocno uderzyło – powaga. Grobowa powaga każdego z członków zespołu. Rozumiem, że repertuar nie skłaniał do jakichś wygłupów, ale choćby między kawałkami można wykrzesać z siebie drobny uśmiech… W nich jest coś takiego realnego. Ma się świadomość, że nie jest to światowa czołówka muzyki, ale to nie tak ma być. Ukojenie bijącego nierówno serca. Taki wszechogarniający spokój. Błogostan, z którego jest się wyrwanym, gdy muzyka cichnie.
Tuż za nimi (chociaż nie takie tuż dodając te cudowne przerwy -.-) pojawiło się Thesis. Warszawiacy. Wydawać by się mogło, że pokażą ogromny kunszt… a tu mały psikus. Pomijam całkowicie kwestie zdolności i dogadywania się z akustykiem, bo to było co najmniej śmieszne. Zastanawiam się tylko czego należy się spodziewać po zespole, którego ambicje sięgają nieba, przy czym niewiele niżej trzymają swoje głowy, a który drugi raz gra w zaprezentowanym składzie? Wybaczcie ale dla mnie to trochę dziwne. Mniejsza o to nawet. Grali. Jak im to wychodziło, to na dobrą sprawę nie mi należy oceniać, bo się nie znam. Ale jeśli masz dziwne przeświadczenie, że miałeś już okazję słyszeć to co dobiega do Twoich uszu i bynajmniej nie było to ich wykonanie, to coś jest nie tak.
Daniem głównym wczorajszego wieczoru było Azylum. Cóż ja mogę powiedzieć? Już sama próba przed występem dobitnie wskazywała na to, że przenosimy się na wyższy poziom doznań. Już pierwsze dźwięki sprawiły, że na twarzy pojawił się uśmiech. “Wreszcie coś konkretnego”. Bo panowie zagrali konkretnie. Zostałam potraktowana brutalnie. Ale gdy po koncercie masz uczucie, że przejechała po Tobie ciężarówka, to jest to wrażenie jak najbardziej pozytywne. I najpiękniejsze było to, że im nie przeszkadza brak prądu, gdy walną korki, nie przeszkadza, że na sali jest dziesięć osób, a w tym barman i akustyk. Grają. Ciągle i nieprzerwanie. Tak jak umieją najlepiej. Przekazują tak wielką dawkę energii, że to poezja. I chociaż po występie chce się podejść i powiedzieć jak było zajebiaszczo, chce się wyrazić to wszystko co siedzi w środku, to się nie da. Na prawdę się nie da. Bo język jest zbyt ubogi. Bo to było coś czego się nie da opisać. Cudo. Majstersztyk.
Po co mi Juwenalia? Przecież to farsa, gdy wyjdzie Ci na scenę człowiek kompletnie pijany niebędący w stanie zaśpiewać swojego repertuaru w formie dobrej. Albo co mam myśleć, gdy postawa zespołu mówi ‘dobra, nie gramy lepiej, to nie będą prosili o bis’? No litości. Co mi po koncercie wśród rzeszy ludzi…? Ja wolę coś takiego co przemówi do mnie. Bo gdy znajdujesz się kilka metrów od sceny i po za Tobą jest tylko garstka ludzi, to wydaje Ci się, że ta muzyka jest tylko dla Ciebie. Egoistycznie przywłaszczasz sobie większość. Bo to jest moje. I nikt mi tego nie zabierze.
Miało być optymistycznie. I jest. Bo mordka mi się sama cieszy, gdy przypomnę sobie chwile tego wieczoru… Tego mi było trzeba. Towarzystwa ludzi z pasją. Dużej dawki muzyki. Kopa.
Dostałam to wszystko. I się bardzo cieszę.
Chociaż nie minęło nawet 12 godzin ja już się nie mogę doczekać chwili, kiedy będę mogła posłuchać ich ponownie.