niepozorny

28 05 2009

Dawno już zbierałam się, żeby coś napisać. Ale jakoś tak wychodziło, że albo nie było kiedy, albo nie było o czym, albo jak i było to nie miałam sił.

Usiłuję sobie wyobrazić jak wyglądam dla osoby, która widzi mnie z boku. Silna, odważna osoba, jak nie patrzyć z nieco niewyparzoną mordką, chwilami przypomina zaszczute zwierzę. Tylko dlatego, że przez krótki moment wszystko sprzysięga się przeciw niej. I mam chęć osunąć się na ziemię i tak po prostu rozpłakać. Bo nie mam sił. Nie wiem co mnie przed tym powstrzymuje. Duma? Hm… Tak. To śmieszne ego niepozwalające okazać cienia słabości. Bo to nie jest spotkanie z przyjacielem, gdzie możesz się wyżalić, a dzika dżungla, w której musisz walczyć by przeżyć.

Czasami mam wrażenie, że ci ludzie nie myślą. A przynajmniej nie logicznie. Nie biorą pod uwagę swojej zależności, tego że muszą uważać co robią i mówią, tego że zwracam uwagę na szczegóły. A już na pewno nie tego, że mogę im podłożyć świnię. Zabawne. Na prawdę zabawne. Nie doceniają mojej wrodzonej wredności. I mam wielką ochotę udowodnić niektórym, że ze mną się nie zadziera. Hmm… Pomyślimy.

Nie każde bezbronnie wyglądające zwierzę można bez problemu pogłaskać. Czasami drobny gest odbierany jest jako atak. A na to reaguje agresją. Nie ostrzega. Atakuje. Cichy zabójca. Najgroźniejszy. Niepozorny.
Więc uważaj na mnie…





juwenaliA

18 05 2009

Juwenalia. Impreza masowa dla warszawskich studenciaków. Liczne koncerty. A to reggae, a to disco polo, a to rock… No i co? I wielkie niiic. Takie spędy nie są dla mnie. Potrzebuję czegoś innego…

Czegoś bardziej osobistego. Mniejszego, ale co trafia w samo serce. I to trafiło. Wbiło w siedzenie. Zgniotło. Przewróciło na lewą stronę. Zgniotło ponownie. I odwróciło na prawą. Rozmiażdżyło. I chociaż czuje się rozdeptana, jestem szczęśliwa…

17 maja na deskach sceny Radia Luxemburg wystąpiły trzy kapele. Na pierwszy ogień poszła VodkaTonic. Panowie z Sokołowa Podlaskiego, którzy urzekli mnie swoją twórczością dwukrotnie występując w Siedlcach. Takie ładne, delikatne wprowadzenie w klimat. Żadne szaleństwa, ale ogólny efekt jak najbardziej pozytywny. Jedyne co mnie mocno uderzyło – powaga. Grobowa powaga każdego z członków zespołu. Rozumiem, że repertuar nie skłaniał do jakichś wygłupów, ale choćby między kawałkami można wykrzesać z siebie drobny uśmiech… W nich jest coś takiego realnego. Ma się świadomość, że nie jest to światowa czołówka muzyki, ale to nie tak ma być. Ukojenie bijącego nierówno serca. Taki wszechogarniający spokój. Błogostan, z którego jest się wyrwanym, gdy muzyka cichnie.
Tuż za nimi (chociaż nie takie tuż dodając te cudowne przerwy -.-) pojawiło się Thesis. Warszawiacy. Wydawać by się mogło, że pokażą ogromny kunszt… a tu mały psikus. Pomijam całkowicie kwestie zdolności i dogadywania się z akustykiem, bo to było co najmniej śmieszne. Zastanawiam się tylko czego należy się spodziewać po zespole, którego ambicje sięgają nieba, przy czym niewiele niżej trzymają swoje głowy, a który drugi raz gra w zaprezentowanym składzie? Wybaczcie ale dla mnie to trochę dziwne. Mniejsza o to nawet. Grali. Jak im to wychodziło, to na dobrą sprawę nie mi należy oceniać, bo się nie znam. Ale jeśli masz dziwne przeświadczenie, że miałeś już okazję słyszeć to co dobiega do Twoich uszu i bynajmniej nie było to ich wykonanie, to coś jest nie tak.
Daniem głównym wczorajszego wieczoru było Azylum. Cóż ja mogę powiedzieć? Już sama próba przed występem dobitnie wskazywała na to, że przenosimy się na wyższy poziom doznań. Już pierwsze dźwięki sprawiły, że na twarzy pojawił się uśmiech. “Wreszcie coś konkretnego”. Bo panowie zagrali konkretnie. Zostałam potraktowana brutalnie. Ale gdy po koncercie masz uczucie, że przejechała po Tobie ciężarówka, to jest to wrażenie jak najbardziej pozytywne. I najpiękniejsze było to, że im nie przeszkadza brak prądu, gdy walną korki, nie przeszkadza, że na sali jest dziesięć osób, a w tym barman i akustyk. Grają. Ciągle i nieprzerwanie. Tak jak umieją najlepiej. Przekazują tak wielką dawkę energii, że to poezja. I chociaż po występie chce się podejść i powiedzieć jak było zajebiaszczo, chce się wyrazić to wszystko co siedzi w środku, to się nie da. Na prawdę się nie da. Bo język jest zbyt ubogi. Bo to było coś czego się nie da opisać. Cudo. Majstersztyk.

Po co mi Juwenalia? Przecież to farsa, gdy wyjdzie Ci na scenę człowiek kompletnie pijany niebędący w stanie zaśpiewać swojego repertuaru w formie dobrej. Albo co mam myśleć, gdy postawa zespołu mówi ‘dobra, nie gramy lepiej, to nie będą prosili o bis’? No litości. Co mi po koncercie wśród rzeszy ludzi…? Ja wolę coś takiego co przemówi do mnie. Bo gdy znajdujesz się kilka metrów od sceny i po za Tobą jest tylko garstka ludzi, to wydaje Ci się, że ta muzyka jest tylko dla Ciebie. Egoistycznie przywłaszczasz sobie większość. Bo to jest moje. I nikt mi tego nie zabierze.

Miało być optymistycznie. I jest. Bo mordka mi się sama cieszy, gdy przypomnę sobie chwile tego wieczoru… Tego mi było trzeba. Towarzystwa ludzi z pasją. Dużej dawki muzyki. Kopa.
Dostałam to wszystko. I się bardzo cieszę.

Chociaż nie minęło nawet 12 godzin ja już się nie mogę doczekać chwili, kiedy będę mogła posłuchać ich ponownie.





15 05 2009

Błagam, zabierz mnie stąd, albo zrobię krzywdę komuś albo sobie! Jestem na skraju wyczerpania psychicznego. Jeśli ten gniew nie znajdzie żadnego ujścia, to stanie się coś złego… Pomocy…





zwierzak

13 05 2009

Zastanawialiście się ile w człowieku musi być dziecięcej naiwności, że jest zdolny uwierzyć w słowa, które na dobrą sprawę nie mówią nic i dośpiewać sobie ciąg dalszy w formie najlepszej dla niego samego…? Czasami wydaje mi się, że trzeba być na granicy obłąkania. Desperacja w takich chwilach jest chyba większa niż mogłoby się wydawać…

W umyśle człowieka rośnie nadzieja, tak jak powiększa się balonik nadmuchiwany powietrzem. Rośnie. Rośnie. Rośnie… Obserwując go wstrzymujesz oddech, bo za chwilę powinien pęknąć, lecz nie dzieje się nic. Zupełnie nic. Albo przeciwnie. To tak jakby postać pompująca balonik zaczęła się śmiać i powietrze wyleciało.
Chociaż nie. To nie do końca tak…
Gdzie tu się podziała złość?

Żal mi. Hm… Siebie. Bo wyglądam strasznie. Obraz nędzy i rozpaczy. Mam wrażenie, że moja psychika została poszarpana przez rottweilera. I boli. Bardzo mocno boli… Czuję się trochę jak zaszczuty zwierzak, któremu obiecywano ciepło, bliskość, opiekę, a wykopano za drzwi, gdy tylko skończono wypowiadać obietnicę.

Ja chcę zniknąć…





wszystko

8 05 2009

Jej dewiza to Wszystko albo Nic. Nie potrzebuje przecież więcej słów, aby opowiedzieć o miłości…





odpływ

3 05 2009

Gdy niespożyta energia zostaje zamknięta w czymś szczelnym za wszelką cenę szuka ujścia. Gdy znajduje choćby niewielką szczelinę ciśnienie wewnątrz rozsadza fragment ścianki. Ucieka w zaskakująco szybkim tempie. Co logicznym jest że, nawet gdy naprawi się uszkodzoną ściankę tego w czym przechowywało się tą energię, to wewnątrz nic nie ma… Czasami o tym zapominam.
Skoro miałam siłę zrobić wszystko o co mnie proszono pierwszego dnia, to czemu drugiego też nie miałabym tego robić? Mogłabym. Nawet chciałam. Tylko nie byłam w stanie.
Szlajałam się wydeptanymi ścieżkami, wlokąc noga za nogą i tylko modląc się, aby nie upaść. I nie upadłam. Krzta siły na to pozostała.
Tylko czemu regeneracja sił musi zajmować tyle czasu…?

Muzyka uspokaja rozkołatany umysł, zszargane nerwy. I tak policzki są już suche…

Odpływam.
Do krainy snu i zapomnienia.
Tam gdzie cisza jest zbawieniem…