Powinnam coś powiedzieć o weselu, prawda? Ale nie wiem… Z jednej strony było dobrze. Potańczyłam sobie. Nauczyłam się latać… nad parkietem. Pośmiałam się. Pogadałam. W porządku. Tylko później… Później nie było tak kolorowo. Chociaż wszystko skończyło się teoretycznie dobrze, to i tak nastroje były posępne.
Bilans – zero.
Znowu zaczynają się małe problemy. Muszę się wziąć w garść, bo od jakiegoś czasu jestem jakby nieobecna. A życie to wykorzystuje i kicha. Po weekendzie majowym biorę się do roboty. Nie mogę sobie pozwolić na opieprzanie się tak jak teraz. Postanowione.
Ręka boli. W końcu mnie trafił. Chociaż cel – głowa, a ręka na wysokości biodra to drobna różnica. Szczęściem zdążyłam palce zgiąć tyci, bo by pięknie cała czwóreczka była wybita…
Weekend majowy zapowiada się dobrze. Czwartkowe spotkanie, piątkowy wyjazd na działkę, później na wieś do soboty, znowu może wieczorne spotkanie i niedzielna komunia. Aż się wracać do stolicy nie chce.
Wkrótce Juwenalia… Jedno mnie w nich cieszy najbardziej…