Po tym jak siekiera omskła mi się z drzewa i uderzyła bokiem w piszczel z dość sporą prędkością (bokiem, bo tyci się zdążyła przekręcić), zastanawiam się jak dużo w życiu jeszcze szczęścia będę miała? Bo niewątpliwie sporo mam.
Ale noga boli.
Siekiera nie raz przemknęła tuż obok nogawki spodni, ale jeszcze nigdy nie uderzyła… Ciekawe uczucie, gdy do świadomości dochodzi jakie to “przyjemne” zajęcie.
Czasami lubię ryzykować. Jednak w większości przypadków, np. takich jak ta zabawa, olewam równo całe zagrożenie. I mimo dzisiejszej przygody, dalej będę je lekceważyć :) Zdaję sobie sprawę, że sama się proszę o jakiś “cud”, ale może o to właśnie chodzi… Tylko mnie nie opieprzaj za to. Czasem tak mam.
Tęsknię za czasami, gdy byłam oazą spokoju. Wyprowadzenie mnie z równowagi było rzeczą w zasadzie niemożliwą. A teraz… teraz przy byle okazji się denerwuję. Zwykły impuls. Pstryczek. I boom. Nie ma zmiłuj. Lecą wszelkie ‘panie lekkiego obyczaju’. A jak już się zdołam zamknąć, to wkurzam się, że nie umiem się już tak dobrze kontrolować. Bo to jest wkurzające. Bardzo.
Założenie – popracować. Nad sobą. Nad zachowaniem. Nad słownictwem. Nad ogółem.
To na prawdę w tej chwili nie wygląda dobrze…
Aaa. Zapomniałam. Później muszę zadzwonić do Karola. W końcu do 25go miało się sprecyzować liczbę osób idących. Niech tam sobie chłopak zapisze naszą czwórkę. Tak, czwórkę. Bo idę sama. Po trochu z musu, po trochu z wyboru. Chyba z wyboru bardziej. Nieważne, to raczej szczegół.
2 tygodnie w Warszawie. Za tydzień trzeba być… ;>
Łaaaa!!! Ja nie chcę przestawiać zegarka! Ja chcę dalej spać długo! :/