Takie chwile jak ta uświadamiają mi po raz n-ty, że człowiek to puch marny. Jest niczym wobec siły wszechświata, wobec siły Boga. To takie sprowadzenie do parteru, jakbym była zbyt pewna siebie… A przecież nie jestem, bo ciągle zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest tak jak być powinno…
Jest duszno. Ludzi sporo, więc trudno złapać w płuca odrobinę chłodniejszego powietrza. Oddycham. Z niewielkim trudem, ale jednak. Czuję, że nogi mi się uginają. Ale się nie dam. Koncentracja. Silna wola. Nie upadnę. Przecież to moje ciało. Mogę nad nim panować! Jeszcze tylko moment, zaraz będzie błogosławieństwo i można wyjść bez problemu. Jeszcze mała chwila. Wygram z sobą? Trzymaj się kurwa, trzymaj! Nagle pstryk. Słyszę wszystko co mówi ksiądz, ale w taki specyficzny sposób… Jakby przez szklaną szybę. Oho… Znam to uczucie. Rok temu, gdy próbowałam z tym wygrać, Rafał mnie wynosił z kościoła. Ewakuacja. Nie wygram tym razem… Wychodzimy. Chwiejnym krokiem przebijamy się między ludźmi. Jak zawsze patrzą na mnie dziwnie. Chuj z tym… Wole wyjść, niż obcy ludzie mają mnie wynosić. Niby wysoka, dobrze zbudowana… a mdleje… Człowieku puchu marny. Istoto wietrzna…