Cisza

30 09 2007

Wsłuchaj się w tą nastającą ciszę…





Poznaj mój świat cz. 7

27 09 2007

Licealny zastęp matematyczno-fizyczny ;)





Kontakty międzyludźkie.

25 09 2007

Mój nastrój zależy od kontaktów z ludźmi.

Sprawienie przykrości.
Wkurzenie.
Niezrozumienie.
To smutek.

Miła rozmowa.
Humor.
Zrozumienie.
To radość.

Ale żeby wszystko było jasne.
Nie chodzi o wszystkich ludzi.
W chwili obecnej powiedziałabym że o troje.





Puste wieczory, podczas których teoretycznie może wydarzyć się wszystko, a nigdy nic się nie dzieje…

22 09 2007

Piękny sobotni dzień a ja muszę siedzieć w domu. Przeziębienie. Wprawdzie tylko chwilowo mnie zwalało z nóg (np. na polskim w piątek), ale przez to nie bardzo mogę wychodzić. Znaczy, mogę, ale to po zeszłotygodniowym wyjściu się przeziębiłam. Cóż… nad zalewem nieźle wiało wieczorem, ale mimo to nie zrezygnowałam (choć Wojtek zapraszał do siebie).

Nie lubię takich sytuacji. Na dworze jest wilgotno i dosyć ciepło. Grzyby. Ile w lesie musi być grzybów… A ja nie mogę ich zbierać. Tak sobie pomyślę, że w Suchodole, w naszym lesie rosną… aż mnie skręca. Gdyby chociaż tato był, to nawet jeśli nie do Suchodołu, to za Strzałą też jest świetny las… A tak dupa… Może chociaż wujek któregoś dnia pójdzie i na wigilijne uszka coś nazbiera…

Po drugie. Patrząc za okno mam nieodpartą ochotę przejść się gdzieś. Gdziekolwiek. Może za miasto. O, tam w stronę Janowskiej. Ale to może bardziej wieczorem. Poszłabym sobie na cmentarz. Gdy zapada zmrok, a lampiony palą się wokół… Usiąść na łatce i porozmawiać z… kimś na Górze. Może zabraliby mnie do siebie?

Spacery…

A za tydzień… Nie, nie pojadę na grzyby choćbym chciała. W drugą stronę zaś – stolicę naszą nawiedzić. A właściwie akademik Riviera. Trzeba trochę rzeczy zawieść, zobaczyć jak to w ogóle wygląda… Znowu się pobawię w pilota. Ale do polibudy i akademików prosta droga. Lepsze to niż siedzenia w domu.

Już przestaje o nim myśleć. Już mam spokój. I wtedy… znowu spojrzę na te zdjęcia. Wszystko wraca. Zakochanie? A może zauroczenie? Pożądanie. Tak piękne, ale niszczące. Nie mogę…





…cierpliwa jest…

19 09 2007

Wkurzać się na ludzi?
Ciężka sprawa.
Cierpliwość.

Słowa, które…
Nie denerwują,
Lecz ranią.

Wkurzam się na siebie,
Za to, że ufam innym.
Choć oni tak bardzo krzywdzą.

Sprawiają przykrość.
Prawdą?
Oby nie…





Daleka droga do domu

15 09 2007

Klasa maturalna ma wbrew pozorom wiele pozytywnych stron. Najbardziej podoba mi się czas kończenia lekcja. Średnio o 13 jestem w domu. Wcześniej jednak trzeba do niego dotrzeć…

W prawdzie moja droga do szkoły (czy też z powrotem) nie jest długa, wręcz przeciwnie, ale jest doskonałym czasem na rozmyślanie. Ileż tu może być… 500 metrów? Mniej więcej. Droga prosta jak z bicza strzelił. Przedzielona tylko dwoma ulicami, Prusa przy szkole oraz Starowiejską przy domu.

Dopadła mnie melancholia. Wolnym krokiem zmierzałam w kierunku domu. Błędny wzrok nieprzytomnie wędrował po drzewach, samochodach, ludziach, budowie… Nie znajdował zaczepienia. Nic co mogłoby zatrzymać go dłużej. Jedynie chodnik. Jakby patrząc w ziemię umysł liczył kostki. Wtedy nigdy nie wiem co się dzieje. Miliony myśli. A żadna na tyle dobra, żeby przelatując zatrzymała się choć na sekundę. Jedna, druga, trzecia… dziesiąta… setna… Kolejna bardziej błaha od poprzedniej. Ale jeśli miałabym teraz wypowiedzieć chociaż jedną z nich… Nie jestem w stanie. Nie pamiętam. Może coś o szkole? Maturze? Studniówce? Ludziach? Może… Ale czy to ważne? To był tylko jeden z dni mojego życia, kiedy pokonywałam trasę znaną na pamięć od dawna. Żałowałam jedynie, że nie wzięłam słuchawek. Nothing else matters w wykonaniu Apocalyptici wystarczyłby, aby ucieszyć, czy raczej zamienić, ten hałas w mojej głowie w coś pięknego… Ale niestety. Nie tym razem. Musiałam się męczyć.
Krótkie spojrzenie w prawą stronę. Jeszcze bardziej nieprzytomne w lewą. I dalej… Wiele ryzykowałam. Wiele ryzykuję każdego dnia. Ale bez ryzyka nie ma zabawy. Najwyżej ktoś sprawdzi czy ma dobre hamulce. No ale… nikt nie musiał. Pusto. Wolnym krokiem przeszłam przez Starowiejską. Obok kwiaciarni. Spojrzałam w górę… “Mój dom. Jeszcze tylko kilka kroków… I spokój” przemknęło przez myśl.

To śmieszne. Nie lubię swojej samotności, ale jednocześnie nie lubię nadmiernego towarzystwa. Gdy jestem w domu chcę gdzieś wyjść, z kimś pogadać, coś zobaczyć… Ale gdy już wychodzę chcę wrócić do domu, do mojej samotni, gdzie nikt mi nie przeszkadza…

Wzrok ponownie spoczął na chodniku uciekającym pod stopami. W głowie już tworzyły się plany co należy zrobić po przekroczeniu progu mieszkania. “Lekcje później. Komputer… Ciekawe czy ktoś jest na gg…”.
- Cześć Marta. – usłyszałam czyjś głos tuż za ramieniem.
“Marta? Ja? Czego?”. Nie znałam tego głosu. Miły, ciepły, lecz nieznany.
- Ooo… Cześć… – jęknęłam mocno zaskoczona. Niestety konwersacja nie mogła trwać długo. Przecież te kilka kroków do klatki nie dało się przejść w godzinę. A szkoda… Może mogłam iść dalej. Mogłam się z Nim przejść, ale… Tak wprosić się? Nie… Może gdybym nie musiała się tutaj zatrzymać, może bym poszła…

Dlaczego to co dobre tak szybko się kończy…?





Idź drogą życia

12 09 2007

Idąc
Patrz pod nogi.
Uważaj na przeszkody.
Nie upadaj.
Powstać może być ciężko…

Żyjąc
Patrz na to co robisz.
Uważaj na ludzi.
Nie załamuj się.
Wyjść z doła może być ciężko…

Gdyby każda droga była prosta…
Gdyby życie było proste…
Nie upadalibyśmy.
Nie załamywalibyśmy się.

Nie sądzisz, że byłoby to cholernie nudne?





To nie był film

6 09 2007

Pamiętam, mówił zapamiętaj, nie potrafię zapomnieć
Wyrazu oczu, strachu, potem krwi na dłoniach.
Krew była wszędzie wokół pamiętam to dobrze
Płynęło niczym rzeka z potrzaskanej głowy.

Pamiętam… Wyraz oczu, strachu… Krzyk… Krew… Przerażenie na twarzach wszystkich malowało się tak samo, jak i uśmiech normalnego dnia.
A ja wtedy jechałam na rowerze. Jechałam. Nie mogłam go dogonić. Próbowałam, a nie mogłam. On już zawracał, gdy… Nie dogoniłam. Tu jest luka w pamięci. Widziałam jego, a później już się podnosiłam. Wrócił szybko. Przestraszył się. Tego co zobaczył. Mnie… Mimo, że prawie nic nie widziałam na oczy przez płynącą po twarzy krew wróciłam na rowerze do domu. Pojechał przodem, zawołać mamę. Gdy szłam chwiejnym krokiem w stronę domu, wybiegli furtką… Strach. Przerażenie. Słabość. Krótka domowa pomoc. W samochód i do szpitala. Tam zszywanie…

Ale to, to nie był film. 

Co się właściwie stało? Trudno powiedzieć, bo brat nie widział, a ja straciłam przytomność w chwili upadku. Chociaż mogę się domyślać. Mianowicie… Jechałam wtedy rowerem, który był dla mnie za duży. Z siodełka nie dostawałam do pedałów. Dlatego też na siodełku nie siedziałam, tylko jechałam tzw. “na stojąco”. Na małym uwypukleniu na drodze, jakie jest w połowie Suchodołu, najprawdopodobniej noga ześlizgnęła mi się z pedała i upadłam. Jednak tego było mało. Zapewne upadając wpadłam głową na kierownicę, w wyniku czego utworzyła się dziura, z której niczym rzeka płynęła krew. Niestety nie miałam okazji jej widzieć na własne oczy. A trudno się dziwić, bo miałam wtedy… z 9-10 lat.

Pamiątka pozostała do dzisiaj. Mała blizna na skraju czoła…





Diabeł

4 09 2007

Ty co ciągle pragniesz śmierci
Nie wiesz? Trup strasznie śmierdzi.
Chciałbyś w trumnie się położyć,
W biały kaftan ciało złożyć.
Z wampirami chciałbyś gadać,
We dnie do snu się układać.
Pragniesz włożyć sztuczną szczękę
I kostuchę wziąć za rękę.
Lecz nie będzie bara bara
Kiedy z was nieślubna para.
Wilkołakiem zostać chciałbyś,
Choć ciemności wciąż się bałbyś.
Pragniesz ludzkiej krwi się napić,
By demona w sobie zapić.
Nie to bez sensu troski,
Tyś nie diabeł. Tyś jest boski!

Oj boski, boski… ;)