Tak… cicho tu ostatnio było… Bo i mnie nie było.
23-28 byłam w górach. Siedem godzin podróży, aby dotrzeć do Kurowa. Wiocha między Suchą Beskidzką a Żywcem. Drewniany domek, góry, świeże powietrze. Taak… to powietrze… Spało się cudownie… Szkoda tylko, że w samotności… Wtorek – Zakopane. Środa – Kraków. Czwartek – Słowacja. Piątek – Kurów i pobliskie góry. Sobota – Zabrze i powrót. Jak było? Nieźle. Zakopane zatłoczone, ale widoki piękne. Gubałówka, Krupówki. Kraków? Zastanawiam się tylko gdzie jest ten “klimat”, o którym wszyscy tak mówili…? Stare miasto, Wawel, Łagiewniki. Słowacja ciekawa. Zabawny język mają tamtejsi mieszkańcy. W Kurowie pochodziliśmy po okolicznych górach. W sobotę pojechaliśmy jeszcze do Zabrza odwiedzić babcię i ciocię. Jacek niestety nie zdążył wrócić z Wrocławia… I do domu. Ok. 21 przekraczałam próg mojego mieszkania…
Na całe szczęście wiem jak radę dać bez wiary…
A od poniedziałku powrót do mojej rzeczywistości. Powrót na wieś… I niczym szok od pierwszego dnia zapier… na maxa. W żniwa nie pozwolą leżeć nawet minuty. Ale i tak było lepiej niż w tamtym roku. O dziwo mam więcej siły. Jakby jakaś wewnętrzna siła mnie napędzała, motywowała do działania pozornie dla mnie nieważnego…
Sroka księżyc ukraść chce.
Sowa kradnie szczęście.
Lecz Twój kot je obie zje
I odzyskasz swoje szczęście.
Milion słów.
Milion gestów.
Milion marzeń.
Słowa niewypowiadane.
Gesty nieukazywane.
Marzenia niespełniane.
