Wesele

22 07 2007

Taaa… wczoraj byłam na weselu. Siostra stryjeczna mojego tata wychodziła za mąż. Niby rodzina bliska, ale kobietę widziałam drugi raz w życiu na oczy.
Szczerze powiedziawszy mogłam nie iść… Może marudzę, ale cóż… kapela słaba. 2 kolesi koło 50-tki i babka, którzy śpiewali i grali przeboje ze swojej młodości – raczej nie były to kawałki weselne. A te teksty “Wszystkie ręce klaszczą” albo “Wszystkie panie piszczą” to chyba na dyskotekę a nie wesele? Robili zbyt długie przerwy w graniu. Ja rozumiem trzeba zjeść coś, ale żeby zaraz co godzinę/półtorej nie grać przez pół godziny? Lipa. Zresztą Ci ludzie nie potrafili wyciągnąć gości na parkiet. Koło północy dopiero było trochę tłoczniej.
Atmosfera jak to na weselu bywa… Tańczyć, jeść, tańczyć, jeść i tak w kółko. A ja ni wiele jadłam, ni tańczyłam ;) 2 razy na parkiecie – raz z tatem, raz z Michałem Bujalskim. Pod tym względem na prawdę żałuję, że tam byłam. Nie chodzi już o to tańczenie, chociaż nie lubię tańczyć, ale więcej sama na żadne wesele nie pójdę. To sensu nie ma. Posiedzieć za stołem? Darujmy sobie…
Próby nakłonienia mnie do picia można pominąć… Jakoś ani piwo, ani wódka tym bardziej mnie nie interesują.

Przed północą, gdy staliśmy na dworze i rozmawialiśmy siostra panny młodej rozdawała kwiatki od dekoracji samochodu. Takie tam róże z białym tiulem (czy jak to tam się zwie). [kwiatek niżej] W naszym gronie dostała je ciotka Dorota i moja mama. Ale mama oddała kwiatek mi. Chwili mi go przywiązać do nadgarstka, choć marnie to szło. Twierdzili, że teraz będą na zapisy, no i za drobną opłatą, chętnych tancerzy przyjmować :P ale jakoś żaden się nie znalazł. I dobrze.

Po północy się zabraliśmy… Na weselu obecność do północy jest wystarczająca, gdy jest się bez osoby towarzyszącej.





Poznaj mój świat cz.5

20 07 2007

Szczurek? Nie. Nasza Kulcia :)





RenifeR? Pff… Brzydal!

19 07 2007





Mija czas

19 07 2007

Warto by uprzedzić, że nie jest to zbyt ciekawa notka. Jest tak… a zresztą.

Hmm… Może byłam zbyt uparta. Zbyt zrażona. Ale… coś pękło. Zmieniłam zdanie? Może nie do końca. Aczkolwiek nie podchodzę do tego już tak… rygorystycznie. O co chodzi? Alkohol jest dla ludzi. Tak, wiem. Ameryki nie odkryłam. Ale to stwierdzenie jest dosyć znaczące biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno byłam wrogiem alkoholu. No, nie żebym teraz sama piła, ale już nie uważam tego za wielkie zło. Hmm… Wciąż nie rozumiem czemu ludzie nieletni, tudzież “letni” ale od niedawno, piją… i to piją w dużych ilościach. Alkohol jest dla ludzi. Ludzi inteligentnych. Reszta? Cieszcie się jeżeli nie wiecie jak jest…

Jak jestem na wsi to sporo chodzę polnymi drogami. Naokoło zabudowań. Po łące. Ładnie tam jest. W naszej wiosce jest 17 gospodarstw. Z czego 2 są opuszczone już, a inne 2 zamieszkiwane czasowo. Tak się składa, że wszystkie te cztery domostwa otaczają nasze. Układ wsi jest w kształcie litery T. My mieszkamy na prawym “ramieniu”. Obok Skolmoscy (czasowo), z drugie strony niegdyś mieszkał wujek Roman, po drugiej stronie Gawinkowscy kiedyś mieszkali, i Walczukowa (czasowo). Skolmoscy od czasu śmierci Zygmunta przyjeżdżają tylko w wakacje. Gawinkowscy? Wiesiek zmarł dawno temu, jego żona poszła do jakiegoś faceta, raz na jakiś czas przyjeżdża tu Robert. Walczukowa bywa większość roku. Wujek Romek? To brat cioteczny mojego wujka u którego mieszkam. Zmarł bodajże 3 lata temu? Rok wcześniej jego ojciec. Nie był kawalerem. Miał rodzinę. Żonę. 2-ch synów. Tylko, że żona nie chciałam mieszkać na wsi. Rzadko tu bywała. Była zawsze w wakacje. Kiedy Romek zbierał porzeczkę. Kilka hektarów owocu, na którym zbijał niezłą kasę. Ciocia Jadzia czuła kasę to przyjeżdżała. A on? Cóż… dawał jej pieniądze, bo kochał synów. Zmarł w nędzy. Z dala od rodziny. Z dala od świata. Gdyby nie mój wujek i ciocia pewnie zmarłby w domu i nikt by o tym nie wiedział. Oni wiedzieli o nim więcej niż jego żona. Pomagali. Wspierali. Byli… Niestety nie mogli go zmusić do wizyty u lekarza. Nigdy u żadnego nie był. Cukrzyca go wykończyła… A żona? Zrobiła wielkie widowisko sprzedając niedługo potem cały sprzęt gospodarstwa. W dzierżawę oddała ziemię. Mogła, bo Romek wcześniej przepisał ją na starszego syna. Chciał wziąć rentę strukturalną. Ale wiedział, że wszystko to pójdzie w pizdu. Dzierżawca pierwszego roku nic nie zrobił. Drugiego wykarczował wszystko. Teraz sieje zboże. Przy drodze zostało niecałe 0,5ha młodych krzaków. Słów nam brakowało gdy jechał dwoma kombajnami do tego kawałka… Porzeczka w tym roku była po 3zł. Wujek Romek by wziął… kilkaset tysięcy PLN. To nie chodzi o tą kasę. On nie musiał umierać. Gdyby ona się interesowała nim byłoby inaczej… Łzy się cisną do oczu… Tak nie musiało być…

Nie znoszę upałów. Temperatura idealna to max. 25 stopni. Wyżej? Rozpuszczam się. Albo smażę jak skwarka… We wtorek się spaliłam. A może inaczej… Poparzyłam. Da się zawładnąć nad tym bólem? Da… Trenuję właśnie silną wolę. Ciężko idzie, ale jakoś do przodu.

Zapamiętać
1. Jadąc rowerem nie zamykać oczu na dłużej niż 3 sekundy, gdy poruszam się często uczęszczaną drogą.
2. Jadąc rowerem nie pisać smsów. A jeśli już to jechać prosto i przy brzegu drogi – nie slalomem. (Dlaczego? We wtorek gdy wracaliśmy z sianokosów z pola jechałam przodem rowerem. Tego dnia rano na drodze sypali żużel zasypując dziury. Te kamyczki wpadają pod błotnik, łańcuch i inne części roweru. Dlatego też jechałam dość mocnym slalomem. Powoli, bo smsy pisałam. Wszystko w połączeniu dało nieciekawy obraz, bo mogłam wyglądać jak nawalony człowiek jadący do/ze sklepu. Ale tak sobie jadę po szerokości całej drogi, pomalutku, ale do przodu. Nagle coś mnie tknęło, żeby sprawdzić czy coś nie jedzie. “O kur…” W odległości jakichś 10m za mną powoli jechał samochód. Nagły manewr w prawo i jechałam już prosto, chociaż nie porzuciłam pisania smsa. Kierowca od razu przyspieszył… Albert jechał. Ma się to wyczucie czasu…)
3. Nie opalać sie. Nie na takim słońcu. Nie tak długo.





Cd. wakacji

8 07 2007

Wakacje. Miło, że nie trzeba chodzić do szkoły. Można się wyspać. Robić co się chce… Swawola. Kocham tą błogą sielankę. Chociaż… nie mam zbyt dużo czasu na odpoczywanie. Roboty od cholery jak zawsze. Ale ta praca sprawia, że jestem radosna.

Ciotka chciała mnie ostatnio wyswatać. Z Albertem. Paranoja. Chociaż od początku wiedziałam, że chętnie by nas zapoznała ze sobą. Już dwa lata temu gdy pierwszy raz przyszedł zapytać o psiaka ciotka powiedziała, że to chłopak dla mnie. Ale nic z tego nie będzie. Nie ma tak dobrze. To że jestem teraz jej najstarszą chrześniaczką, nie znaczy że prędko wyjdę za mąż. Nie ma za kogo… :P

Jutro znowu jadę. I tak przesiedzenie tutaj 4 dni było wystarczająco męczące. Chociaż przynajmniej sobie porozmawiałam trochę z… z tym kim trzeba było. Przyjechałabym za tydzień, bo Janek ma ślub, ale w d… z tym. I tak bym nie poszła, więc nie przyjadę. Ale za 2 tygodnie muszę. Znaczy chcę, bo tato przyjeżdża. A muszę bo mamy wesele… Łee… Jak ja nie znoszę takich imprez… Ale to tylko parę godzin. Może ktoś się da naciągnąć na roztrwonienie kasy z telefonu i dotrzyma mi towarzystwa chociaż do północy poprzez smsy. W zasadzie wiele dłużej nie będę. Jeszcze gdzie na oczepinach mnie wciągną do tego kółka i bukiet złapię. O zgrozo! Nie! Nie będę się całowała z jakimś obcym kolesiem! Fuj. Zresztą na pierwszy pocałunek już ktoś inny jest zarezerwowany… ;)

Tak, rozpisałam się trochę. Może deko nie w temacie… Nieważne.

Przerwa na naleśniki. Z serem. I śmietaną. Gęstą śmietaną. W dużej ilości… Mmm… Będę gruba. Heh. A co mi tam. Wg kryterium pewnego gościa od pokazów mody dziewczyna/kobieta mojego wzrostu powinna się mieścić w ubrania rozmiaru 36. Poezja… W 40 wchodzę swobodnie, ale 36… A pieprzyć to. Kurde, znowu o pierdołach piszę. Dobra. Kończę. Do zobaczenia za 2 tygodnie. Może po weselu jak będę miała zdjęcia to wrzucę wam jedno jak to w sukience wyglądam. Widok rzadko spotykany, bo nie lubię kiecek… Tak, tak. Koniec. Adieu





Poznaj mój świat cz.4

7 07 2007

Zdjęcia z wypadu nad zalew. Bodajże z środy 27.06.07r.





Nigdy

7 07 2007

Smak ust.
Zapach skóry.
Hmm…
Niepoznana…
Owoc niezdobyty…
Tajemnica.
Nie zobaczysz.
Nie dotkniesz.
Nie spróbujesz.
Nie poznasz mego smaku…
Nigdy





Łzy

6 07 2007

“Lubię kiedy pada deszcze,
Bo nie widać moich łez.”
Nastały deszczowe dni.
Tak potrzebne.
Dla roślin.
Bez niego umierają.
Deszcze…
Tak.
Ale już nie chcę płakać.
Po co?
Wyrzucić z siebie żal?
Phi…
Lżej nie będzie.
Wręcz przeciwnie…
Wszechogarniający smutek…
Ale nieważne.
Nie płaczę.
Nie chcę.
Nie warto.
Bo czyż jest ktoś warty moich łez?
Tak bardzo gorzkich…
Koniec z tym.