Kojarzysz takie obrazki, popularne w sieci, przedstawiające osóbkę, która twierdzi, że zrobi dziś to i to i tamto, a personifikacja np. internetu lewym sierpowym wyprowadza ją z błędu, wrzeszcząc „nie zrobisz!”? Czy jakoś tak… Tak mniej więcej się czuję. Mniej więcej. Mnie nie nokautuje coś tak beznadziejnego jak internet. To trochę zabawne, ale nokaut jest niemal samobójczy. Bo czy można wierzyć własnemu ciału, które zachowuje się jakby należało do kogoś innego?
„Będę silna. Wszystko mogę zrobić.”
Jeb.
„Nie jesteś. I nie możesz zrobisz.”
Staję się bezsilna wobec tych słabości. Bo to cholernie przykre. Zwykłe czynności, ot choćby umycie głowy, to wysiłek ponad moje siły. A gdy nawet moja upartość wygra potyczkę, to zapadam się w ciemność zanim zdążę spłukać pianę z włosów. I kolejną godzinę dochodzę do siebie. Żeby chociaż być w stanie utrzymać się pionie.
Mało przyjemne, wierz mi.
I jak zawsze jest mi z tym źle. Ze świadomością tego. Z myślą, że ktoś musi być obok. Że nie powinnam być nigdy sama pośród tłumu obcych ludzi, bo nie wiem czy ktoś by mi pomógł. Pewnie tak, ale jednak… A ja tak bardzo nie lubię prosić o pomoc. Sama, sama, sama. Wszystko wolę zrobić sama. Żeby nie czuć zależności, współczucia, litości.
Cholerne przekleństwo.