Weekend w domu. W poniedziałek była środa. We wtorek jedna godzina. Zakupy. I… z nudów do domu. W środę na wsi. W czwartek znowu zajęcia. W piątek tylko wf i godziny dziekańskie. W weekend Dni Politechniki. Zrypany ten tydzień. Brak motywacji do przyjazdu, a co dopiero do działania. Od jutra zaczynam się uczyć (pierwsze kłamstwo studenta?). Całki podwójne już wołają. A i Wyższa cicho zaczyna jęczeć. Zaczynają się kolosy…
A, muszę zacząć znowu czytać. Opuściłam się. Tyle książek czeka. Jej… Niedobra byłam. Trzeba nadrobić zaległości.
Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja?
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.
I buty się tak uroczo zasysają w błotko. Czuję się jak małe dziecko, które chce skakać w kałużach. Tak beztrosko. Tak bez sensu. Ale chcę. :)
Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu,
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc,
ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja?
A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani spiesząc,
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą,
ze złożonym parasolem idę pieszo, o tak!
Humor dopisuje. Jakoś tak. Może zwykły komplement pomógł. A może po prostu lubię jeździć pociągiem. I może wilgotne nosy bąbli mają moc rozweselającą. Może bez powodu. Wszystko jedno :)