Listopad.
Lubię za jesień.
Za kolorowe liście.
Za chłodny wiatr plączący włosy.
Lubię za święta.
Za świeczki na cmentarzu.
Za tamtejszy nastrój.
Lubię za klimat.
Za November Rain.
Lubię za to, że jest przed grudniem.
Listopad.
Lubię za jesień.
Za kolorowe liście.
Za chłodny wiatr plączący włosy.
Lubię za święta.
Za świeczki na cmentarzu.
Za tamtejszy nastrój.
Lubię za klimat.
Za November Rain.
Lubię za to, że jest przed grudniem.
Załóżmy, że jest lepiej. Nie narzekam na wszystko. No bo w końcu lepiej jest. Odrobinkę.
Ja vs. Margan – 1:0
Tylko, że zdrowie się nieco pierdzieli. Powrót do przeszłości, kiedy to codziennie się przewracałam. Paskudne uczucie. Zabawne. Ale męczące.
Tylko nie wiem co z tym zrobić. Na dworze ciśnienie wysokie. I teraz pytanie konkursowe – czy moje również wzrosło i dlatego chodzę slalomem, czy spadło i powinnam wziąć prochy? Kurwa. Jakie to jest popierdzielone.
Tak, za dużo przeklinam.
Chcę gdzieś wyjść. Chcę jakiegoś koncertu. Czegoś klimatycznego. Spokojnego. Ale z pazurem. Czegoś nowego…
- Możemy już o tym nie mówić…?
- Jasne.
- To dobrze.
- Nie musimy o niczym mówić.
- Nie poznaję Cię…
- Poznajesz. Właśnie poznajesz.
- Jesteś inna.
- Taka. Taka jestem.
- Byłaś milsza…
- Czas przeszły. Chwila. Przypadek.
- Wróć…
A może jeszcze jakieś zaklęcie polepszające humor?
Chociaż nie powinnam narzekać. Przecież jest dobrze. Na uczelni luz. Śpię do 11 prawie codziennie. Większych problemów nie ma. Z ludźmi się dogaduję w ramach tego co muszę. Więc co się dzieje…? Kurwa, czemu to jest takie trudne… Jestem rozpieszczonym dzieciakiem? No wychodzi na to, że tak, skoro marudzę chociaż jest nieźle. Szlag by to…
- Zobaczyć ale nie dotykać.
A jak dotykać to nie całować.
Tylko zapach, nie smak.
- A może całować ale nie pieprzyć?
Zobaczyć ale nie dotykać. Otóż to. Żeby się nie zaangażować. Żeby nie dać powodu, aby ktoś myślał za dużo. Aby samemu nie myśleć za dużo. Aby nie skrzywdzić nikogo. Ale co ważne, aby samemu nie cierpieć.
To dlatego wszyscy są odgrodzeni niewidzialną barierą. Dzieli nas dystans, którego nie pozwalam nikomu pokonać. Bezpieczeństwo. Ale czy lepiej cierpieć z braku czegoś czy tracąc to…? Przyzwyczaiłam ludzi do tego chłodu. Nawet gdyby bariera zniknęła, to nikt tego nie zauważy. Nikt i tak się nie zbliży. Nie chcą?
Zabawne. Od kilku dni zbierałam się, żeby napisać jak wszystko cudnie wygląda. Jak kolorowo jest. Napisać, że jadąc samochodem przez tunel złoto-czerwonych drzew jakoś tak czuję się lepiej. Chociaż może wiatr bywa nieprzyjemny. Chociaż słońce swoim blaskiem ledwo grzeje. To jednak była Polska Złota Jesień.
A tu nagle klops. Za oknem biało? Przepraszam, czy w nocy ktoś mnie wywiózł z Polski gdzieś na wschód? Nie przypominam sobie… Fakt, Riviera jest położona w takim miejscu, że tu zawsze są wielkie ciągi i przeciągi. Jednak to nie tłumaczy ani trochę tego co się dzieje za oknem. Śnieg sypie w każdą możliwą stronę. Nawet od dołu do góry! I jak tu biedny student ma wyjść z akademika na uczelnię? Toż to największy demotywator jaki mógł się ukazać w październiku! Przegięcie…
I weź tu bądź człowieku zdrowy. Co to, jakieś przymusowe hartowanie na zimę? Dziękuję, sama sobie poradzę. Taa, śmiej się. Może mój obecny stan (ah ta seksowna chrypa ^^) nieco utrudnia mi mówienie, ale mija. W końcu na piątkowy koncert jakoś dotrzeć trzeba. I na wesele też by wypadało. A nie zdychać na oczach wszystkich. Aaaale… złego diabli nie biorą, jak to zawsze mówię. I się sprawdza.
Hmm… Kto zna jakieś zaklęcie ochronne…?
W ubiegłym roku Warszawa też źle na mnie działała. Nie wiem, przytłaczała? Zawsze mówiłam, że jest dla mnie za duża. Za głośna. Za… za bardzo… pod każdym względem. Nie lubię. Tak po prostu.
I jeszcze to ciągłe powtarzanie, że dam sobie radę. Że jestem kontaktowa i nie będę miała problemu w pokoju. Że jestem taka i taka, i nie powinnam się przejmować… Jakoś starają się nie widzieć mojej krzywej miny, gdy to mówią. Starają się nie słyszeć mojego zdania na ten temat.
To się nazywa samotność.
Z kubkiem gorącej herbaty stoję przy oknie zajmującym całą szerokość ściany. Gdzieś z tyłu dobiega muzyka. Cicha. Delikatna. Romantyczna… Wpatrzona w cudze życie. Śledząca cienie snujące się w rozświetlonych oknach.
Jest zimno. Za szybą wieje przejmujący wiatr. Mnie grzeje jedynie ten kubek.
Dawno nie czułam takiej pustki…
Ciśnienie 90/66. Tętno 55. I jak ja mam niby funkcjonować normalnie? Ta nędzna pikawa nie daje rady pompować krwi. Niedostatek krwi równa się za małej ilości tlenu dostarczonej do mózgu. Niedotlenienie. Skutki znane…
Może w środę trzeba było nie brać szczepionki? Staram się nie dać głupiemu przeziębieniu. Tylko czuję się jak małe siedem nieszczęść. Niby nos w porządku, a gardło nie daje bardzo o sobie znać. Jedynie nieco się przewracam. A może to wychodzi zmęczenie…?
Taa, pojechać na choćby jeden dzień na wieś i chcą cię zajechać. W czwartek skończyli przebierać irgę. Ale oczywiście z 3 przyczep ziemniaka narobiło się sporo worków, które zapieprzyły pół stodółki. Więc co? Trzeba zrobić miejsce. A kto? Wujek. Tyle, że nie sam. A przecież nie z ciotką, albo babcią, no litości… Więc na piątkową pobudkę przerzucić kilka ton ziemniaków. Miooodzio… A później, żeby więcej atrakcji mi zapewnić, “jazda na kombajn”. Dziękuję, ale kogoś chyba zdrowo pojebało. 3 osoby, a tego chujostwa i tak tyle, że nie zdążysz nawet wzrokiem objąć wszystkiego, a co dopiero mówić o wybraniu i wyrzuceniu z taśmy. Masakra.
Ja coś mówiłam, że lubię tam pracować, tak…? -.-”
Jak to napisał mi dzisiaj Pan Obrażalski, zmądrzeję, ale za kilkaset lat. Coś mi się wydaje, że nie zdążę… Peszek.
Butelka to mój najlepszy przyjaciel. Co z tego, że jeszcze dzisiaj odejdzie? Nie można się przywiązywać do tego co może nas opuścić. Szkoda tylko, że zazwyczaj jest we mnie tyle masochizmu, że jednak to robię. A później boli. Poboli i przestanie. W końcu palec też już nie boli, chociaż nóż wszedł jak w masło (a raczej bułkę).
Koniec pieprzenia. Nieuzasadniona irytacja może w końcu minie. Idę się dalej pakować. Hm, właśnie. Noża jeszcze nie wzięłam…